Ostatnie recenzje gier 1

Ostatnie recenzje gier 2

Ostatnie recenzje gier 3

Ostatnie recenzje gier 4

Ostatnie recenzje gier 5

 

Elektroniczny płatny zabójca

Płatni zabójcy to wdzięczny temat. Jest wiele książek i filmów oscylujących wokół osób, które trudnią się – różnie – „likwidacją”, „sprzątaniem”, „usuwaniem” innych. To, co odróżnia ich od psychopatycznych seryjnych morderców to wyrachowanie, dokładność i brak emocjonalnego wkładu. Kolejne zadanie, jak dla jednego wyniesienie mebli z mieszkania, pomalowanie go i oddanie właścicielom, tak dla zabójcy jest zabicie człowieka. Prędzej czy później pewnym było, że tacy „sprzątacze” przeniesieni zostaną na ekrany komputerów. Agent 47 z gry „Hitman” jest tego najlepszym przykładem, a świadczyć może o tym choćby jego wielka popularność. Gra oferuje szereg misji, w której do zlikwidowania dostajemy konkretny cel. Nie może to wyglądać jak masakra, trupy nie mogą leżeć na ulicy a świadkowie nie mogą uciekać w popłochu. Należy wślizgnąć się do budynku, w którym przebywa nasza ofiara, znaleźć kogoś, kto jest blisko niego, następnie zabić go i zabrać mu ubrania. W przebraniu zbliżyć się do celu i znaleźć dobry sposób, by zlikwidować go tak, byśmy mieli czas na ucieczkę z miejsca zbrodni. Struna od fortepianu jest cicha i skuteczna, podobnież pistolet z tłumikiem. Warto schować ciało gdzieś, gdzie nie będzie widoczne, a śmierdzieć zacznie kiedy będziemy daleko. W sytuacjach awaryjnych możemy ratować się ucieczką i ostrzelać sobie drogę.

Podwodna utopia czy dystopia?

Pojęcie utopii wprowadził Tomasz Morus w dziele „Książeczka zaiste złota i niemniej pożyteczna jak przyjemna o najlepszym ustroju państwa i nieznanej dotąd wyspie Utopii”. Opisał tam wyidealizowane państwo, w jakim on i pewnie każdy inny chcieliby żyć (nie unikał jednak ironii, co świadczy o tym, że sam w takowe miejsce nie wierzył). Pojęcie antyutopii, czyli dystopii, wyrosło samoistnie, jako przeciwstawieństwo dla tworu Morusa. Przeważnie, jest to miejsce utopijne z założenia, jednak, jak to często bywa, coś poszło źle. Przykładami są „Rok 1984” George’a Orwella czy „Nowy wspaniały świat” Aldousa Huxleya. Jednym z ostatnich wielkich przedstawicieli jest seria gier „BioShock”. Pierwsza część pokazuje podwodne miasto Rapture będące wspaniałą utopią. Ludzie żyli w dobrobycie potęgowanym jeszcze przez to, że mogli uczyć się nadludzkich zdolności, jak wytwarzanie z ręki ognia czy elektryczności. Jak każda jednak utopia, tak i Rapture było kolosem na glinianych nogach i źle skończył się ten wielki sen o potędze i dobrobycie. Miasto ogarnęło szaleństwo, którego już nikt nie umiał powstrzymać. Za kulisami tego wszystkiego stał Andrew Ryan, pomysłodawca całego Rapture. Wierzył on, że mimo wszystko, uda mu się, siłą zmusić wszystkich do szczęścia. Jednak przybycie przypadkowej osoby z zewnątrz, rozbitka, wszystko komplikuje.

Klasyczna magia i miecz

Seria „Baldur’s Gate” to coś, czego przedstawiać nie trzeba nawet osobom, które z grami nie mają wiele wspólnego. Sympatycy prozy Johna Ronalda Reuela Tolkiena czy Andrzeja Sapkowskiego przygody dzieci Baala znają dobrze, bo nie grać w tę serię, to tak samo, jak nie grać w ogóle. „Baldur’s Gate” to klasyczny komputerowy RPG z widokiem izometrycznym. Walka nie jest robiona w systemie turowym (jak w grach z serii „Fallout”), tylko w czasie rzeczywistym z aktywną pauzą (czyli samy możemy zatrzymywać grę, wyznaczać jakie akcje ma zrobić dana postać i wznawiać całość). Do przemierzenia mamy wielkie miasta, podziemia, lasy i dzikie krainy, szpitale i porty rybackie. Spotkamy tam masę ludzi, z którymi możemy porozmawiać, dostać radę lub zadanie, wykonać je lub zapomnieć o nim i zostawić potrzebującego samemu sobie. W międzyczasie możemy odwiedzać opuszczone wieże, lochy i jaskinie, by szukać nowych mieczy, zbroi i zdobywać doświadczenie. A o sprzęt warto, bo dobry miecz, kusza, sztylet, tarcza czy potężna różdżka potrafią wiele i ich pomocy potrzebować będziemy nie raz i nie dwa. Liczne rasy potworów, smoki, gobliny, ogry, orki i przede wszystkim ludzie – to wszystko czeka na śmiałka, który będzie chciał przemierzyć nieprzyjazny, ale nadal piękny i piekielnie interesujący świat „Baldur’s Gate”.

Podbój kosmosu z fotela

Podróże w kosmos były dla człowieka celem jeszcze zanim zaczął podróżować pewnie po Ziemi. Od zarania dziejów to czarne i niebieskie pole rozciągające się na całej przestrzeni nad ziemią było intrygujące i kiedy, na początku dwudziestego wieku, wymyślono samolot, byliśmy pewni, że podróż na Księżyc to tylko kwestia czasu. Fakt, że tak się stało nie przybliżył nas do kolonizacji planet, nie wtargnęliśmy, jak niegdyś Portugalczycy, na obce lądy w poszukiwaniu surowców czy miejsc do osiedlenia się. Czy to dobrze, czy nie – sprawa jest indywidualna. Ale twórców serii „Mass Effect” zdecydowanie ciekawi, „co by było, gdyby…”. No właśnie, gdybyśmy, zamiast lecieć z Warszawy do Tokio, lecieli z Nowego Jorku na Marsa. Gra opowiada o przyszłości, w której galaktyki przemierza się tak, jak dziś województwa, a planety – te małe i te duże – są jak miasta. I faktycznie, na każdej możemy znaleźć formę życia. Kontakty z kosmitami nie są problemem – rasa ludzi jest znana, ma jednak swoją dobrą i złą sławę. Nierzadko będziemy wzięci za przeciwników i zaatakowani , jednak równie często zostaniemy potraktowani przyjaźnie. Wyprawy w kosmos to nie tylko rozmowy i polubowne załatwianie spraw. Trzeba walczyć o życie swoje i swojej drużyny. A cel nadrzędny gry, to ratunek całego wszechświata. Takiego wyzwania nie można odmówić.

Uczta dla oczu

W czasach, kiedy w grach powiedziano niemal wszystko, ciężko jest przekonać do siebie użytkowników. Kiedy różne bronie nie robią wrażenia, możliwość skakania po dachach, spadania z wielometrowych budowli czy podrzynanie gardeł nie robi wrażenia, należy szukać innych dróg, by wyciągnąć od fanów elektronicznego strzelania pieniądze. Niemiecka firma Crytek znalazła taki sposób. To grafika. Gry z serii „Crysis” są znane głównie z tego, że wyglądają prawie, jak film. Jakość grafiki w tych tytułach to nierzadko wyznacznik jakości innych produkcji i jednocześnie benchmark dla komputerów. Seria od dawna wykorzystuje wszystkie możliwości zarówno bibliotek DirectX od Micorosftu, jak i sprzętu z najwyższej półki. Wsparcie dla łączonych kart graficznych czy wielordzeniowych procesorów, a także wymaganie mocnych „wnętrzności” to wizytówka niemieckiego produktu. W końcu kupić sprzęt za kilka tysięcy złotych i dowiedzieć się, że „Crysis 3” działa tylko na średnich detalach to jak kupić samochód bez silnika. A sama gra nie jest w żaden sposób innowacyjna – niestety. Proste strzelanie z kilkoma drobiazgami, jak możliwość chwilowej niewidzialności, superszybkości, wielkiej siły czy pancerze. Historia również nie zachwyca, ale nawet sami twórcy mówili, że tu liczy się przyjemność ze strzelania i doznania graficzne.

Niecodzienna pani archeolog

Świat komputerowej rozrywki jest zdominowany przez samców alfa. Nie ma co do tego wątpliwości. Corvo Attano, Marcus Fenix, John Shepard, Solid Snake, rodzina Belmontów, Sam Fisher i reszta to tylko wierzchołek góry lodowej napakowanych, nierzadko nienaturalnie przerośniętych mężów, gotowych walczyć nie zawsze za kraj i ojczyznę, ale i za swoje. Niedługo trzeba było czekać, by płeć piękna odpowiedziała na to wyzwanie. Seria „Tomb Raider” to przygody (co prawda nader atrakcyjnej i nierealistycznej) Lary Croft, pani archeolog z zacięciem do strzelania do wszystkiego, co się rusza i do wykonywania akrobacji godnych najlepszych cyrkowców. Przygody panny Croft śledzimy zza jej pleców przez masę gier, z czego każda jest wyjątkowa. Są to głównie samotne wyprawy do grobowców,  grot, jaskiń czy zapomnianych świątyń w poszukiwaniu zaginionych artefaktów, które nierzadko mogą przyczynić się do zakończenia lub znacznej zmiany życia na ziemi. Na szczęście archeolog nigdy nie wyrusza nieprzygotowany. Lara Croft zaczyna przygodę z dwoma szybkostrzelnymi pistoletami, następnie znajduje strzelby, harpuny, karabiny i inne śmiercionośne „zabawki”. Po co jej to wszystko? W grze spotkamy nie tylko złych ludzi, ścigających się z nami po skarby, ale też jakoby strażników tych artefaktów – dzikie zwierzęta i potwory.

Koszykówka z gwiazdami

Gra w koszykówkę jest drugą najbardziej popularną dyscypliną na polskich podwórkach. Grają w nią wszyscy – i ci mali, nie sięgający nawet do połowy kosza, i ci, którzy w ziemi potrafią umieścić piłkę w obręczy. Stosunkowo duża dostępność boisk i piłek (koszt kiepskiej jakości piłki to jakieś dwadzieścia złotych) zdecydowanie pomogły popularyzacji tej gry drużynowej. Jednak wiele osób chce grać w najlepszych drużynach, jak Los Angeles Lakers czy Chicago Bulls. Co, kiedy nasz wzrost to metr sześćdziesiąt (w kapeluszu) i biegamy jak ciamajdy? Dobrym sposobem jest seria „NBA Live” od EA Sports. Mamy tam możliwość stworzenia swojego zawodnika i wcielenia go do takiej drużyny, jakiej chcemy. Oprócz tego można  sterować przygotowanymi przez twórców „bohaterami” boisk, jak Denis Rodman, Shaquille O’neal, Kareem Abdul-Jabbar, Charles Barkley czy słynny Michael Jordan. Tak, mimo że część z nich już nie gra, w „NBA Live” możemy powołać ich do swojej drużyny! Jeżeli wolimy rozgrywki bardziej aktualne, możemy stworzyć swoją drużynę lub kontrolować jakąś, która jest dostępna (setki drużyn, tych bardziej i mniej znanych oddają twórcy w nasze ręce). Z nimi możemy rozgrywać całe sezony, walczyć o pierwsze miejsca z innymi, starać się w mistrzostwach, wymieniać i kupować zawodników czy poprawiać ich kondycję.

Piłka kopana nie na podwórku

Fanów piłki nożnej w Polsce można liczyć w milionach. Nierzadko dzieci jeszcze zanim dobrze zaczną mówić, już odróżniają kluby sportowe, którym kibicuje ojciec, mama, wujek czy dziadek. Przenosi się to na miłość do biegania za (nierzadko obdartą i zniszczoną) piłką na podwórku, z kolegami i koleżankami. Co bardziej zażarci kupują koszulki z ulubionymi piłkarzami czy zapisują się do klubów sportowych. Ale co z tymi, którzy na przykład chcieliby od razu grać w szeregach Manchesteru United czy Juventusu Turyn? Albo z osobami, które ze względu na różne choroby i niedogodności nie mogą biegać za futbolówką? Seria „FIFA” jest odpowiedzią na takie pytania. Symulator piłkarskiej drużyny to od wielu lat jedna z najczęściej kupowanych i instalowanych gier w naszym kraju – i nic dziwnego. Wiele trybów, takich jak mecz towarzyski, walka o puchar danego kraju, danej ligi czy nawet stawanie w szranki w Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej czy Mistrzostwach Europy w Piłce Nożnej skutecznie przykuwają uwagę i podkręcają emocję. W końcu nie ma to jak, sterując ulubionym piłkarzem reprezentacji Brazylii strzelać kolejną bramkę znienawidzonym Anglikom, Francuzom czy Niemcom. Do tego opcja tworzenia własnych super drużyn – w końcu razem może grać Kazimierz Deyna, Luis Figo, Zinedine Zidane i Cristiano Ronaldo.

Własna Warszawa czy Nowy Jork?

Gry symulacyjne zrobiły w latach dziewięćdziesiątych przewrotną karierę. Zarządzanie własnym parkiem rozrywki w „Rollercaster Tycoon”, portem lotniczym w „Airline Tycoon”, kurortem zimowym w „Ski Resort Tycoon” czy nawet pizzernią w „Pizza Syndicate” to coś, czego pragnęli gracze znudzeni już bohaterskimi rycerzami, komandosami czy samotnymi wilkami wypowiadającymi wojnę to stróżom prawa, to kartelom narkotykowym czy zorganizowanej przestępczości. Amerykańskie studio Maxis znalazło na to receptę. Zanim jeszcze postanowili pokazać życie w skali makro, dając graczom kontrolę nad codziennością ludzi (seria „The Sims”), dali im władzę burmistrzów i prezydentów miast. Gry z serii „SimCity” pozwalają na zbudowanie miasta od podstaw – i to dosłownie. Musimy zadbać o każdy jego aspekt i zrobić to tak, by mieszkańcy chcieli z nami zostać a nowi – osiedlić się. Zaczynamy od najprostszego zbudowania dróg, by zaraz potem prowadzić kanalizację, budować elektrownię, miejsca pracy i mieszkania. Musimy mieć na uwadze, że mieszkanie koło wysypiska śmieci czy fabryki chemicznej nie będzie atrakcyjne dla wszystkich, ale będzie tym ludziom blisko do pracy.  Znowuż budując osiedle domków jednorodzinnych gdzieś na obrzeżach miasta, mieszkańcy będą niechętnie jeździć do pracy, bo dostanie się tam zajmie więcej, niż samo pracowanie.

Zabawa w dom

Gry komputerowe od zawsze kojarzą się z przygodami – na lądzie, morzu czy w powietrzu, a nawet w kosmosie. Gramy jako bohaterowie, herosi zdolni przenosić góry, zgniatać wrogów jednym palcem, zdobywać wszystko, czego zapragniemy i co przygotowali dla nich twórcy. Zabić stu przeciwników jednocześnie trzynaście razy obrywając kulą w głowę? Żaden problem! Skoczyć z budynku i wylądować w stogu siana, wyjść i iść dalej? Jasne, już tam jestem! Nadnaturalne zdolności herosów z ekranów komputerów wydały się trochę zbyt przesadzone. Jakie na to remedium? Granie w… dom. Gra „The Sims” pozwala na stworzenie niemalże siebie, podobnego posturą, uczesaniem, kolorem skóry i cechami charakteru awatara nas samych. A potem możemy robić co chcemy. Gwiazdor rocka? Pewnie. Bohater straży pożarnej? Już zrobione. Lekarz o sławie Gregory’ego House’a, bohatera serialu „Doktor House”? Nic prostszego! A może nie? Roznosiciel gazet, hydraulik, informatyk, nudny pracownik biura? To wszystko jest możliwe.  A miłość? Poznanie partnera życia jest tu proste, a ewentualne rozstania przestają zawracać głowę po dosłownie kilku minutach. Do tego wiele zabaw, takich jak rower, snowboard, granie na komputerze czy konsoli, czytanie książek, spotkania z przyjaciółmi, imprezy, kluby, wyjścia na miasto.